Muszę być świętym i to jak największym!

19 lutego 2011 | autor: o. Admin

17 lutego, minęła dokładnie 70. rocznica aresztowania o. Maksymiliana Kolbego przez niemieckie gestapo i osadzenia go w więzieniu, w warszawskim Pawiaku. Przeżywamy Rok Kolbiański, zachęcający nas do zapoznania się z postacią polskiego świętego i męczennika. O św. Maksymilianianie opowiedział w rozmowie z Marią Rachel Cimińską o. Michał M. Nowak OFM Conv Prowincjalny Asystent ds. Powołań Prowincji św. Maksymiliana Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych w Polsce.

Maria Rachel Cimińska: Każde dziecko słyszy z ust swoich rodziców pytanie: „Co z Ciebie wyrośnie?”. Zadawane najczęściej bez większych kontekstów… Również przyszły święty usłyszał je z ust swej matki. Wstrząsnęło ono małym Maksymilianem. Czy można uznać, że to był początek uświadamiania sobie powołania?

o. Michał M. Nowak OFM Conv: Myślę, że to jest zaledwie preludium do uświadomienia sobie powołania i nie w samym pytaniu tkwi istota. Chodzi raczej o całą sytuację, która się z tym wiąże, a którą wspomina po latach sama matka o. Kolbego, Marianna. Opowiada ona, że po jednym z takich pytań, Mundek (Rajmund to imię chrzcielne o. Maksymiliana) był bardzo zamyślony. Kiedy matka prosiła go, aby wyznał przyczynę swojego strapienia, ten ze łzami w oczach powiedział, że kiedy usłyszał pytanie – „Co z ciebie wyrośnie?”, natychmiast pobiegł zapytać o to Maryję. Klęczał przed Jej obrazem pytając – co ze mnie wyrośnie? Wówczas Maryja miała stanąć przed nim i ukazać mu dwie korony, jedną białą, a drugą czerwoną. Biała oznaczała wytrwanie w czystości, czerwona – łaskę męczeństwa. Matka Boża zapytała, którą z nich wybiera. Rajmund wybiera obie, na co Maryja serdecznie się do niego uśmiecha i znika. Ta wizja z pewnością wywiera duży wpływ na dziecięcą wrażliwość Rajmunda, ale tak jak powiadam, trudno mówić o świadomości powołania, która rodzi się właśnie w tej chwili.

Dziś eksperci mawiają, że uświadomienie sobie powołania następuje zwykle między 10, a 14 rokiem życia. Przykład o. Maksymiliana potwierdzałby tę tezę, ponieważ decyduje się on na wstąpienie do Małego Seminarium OO. Franciszkanów we Lwowie, w kontekście misji świętych wygłoszonych przez o. Peregryna Haczelę w Pabianicach w 1907 roku. Rajmund ma wówczas 13 lat.

Trzeba jednak powiedzieć, że z pewnością wcześniejsze doświadczenia służą swoistemu przygotowaniu do tej decyzji. Wspomniana wizja, ale również duch prawdziwej pobożności w domu rodzinnym, lekcje języka łacińskiego, które pobiera u proboszcza i pewnego aptekarza w Pabianicach. Wszystko to składa się na obraz chłopca, który jest gotowy wewnętrznie na przyjęcie łaski powołania, kiedy Bóg z nią do niego przychodzi.

Maria: Czy problemy z nauką mogłyby stać się przyczyną rezygnacji nowicjusza z życia kapłańskiego? Nauka jest ważna, jednak jakie dziedziny i w jakiej proporcji są odpowiednie dla kapłana? W jaki sposób pogłębiać wiedzę i nie zatracić powołania?

o. Michał M. Nowak OFM Conv: Tu niestety muszę żywo zaprzeczyć. Rajmund Kolbe jest chłopcem bardzo zdolnym, wybijającym się zwłaszcza w naukach matematyczno-przyrodniczych. Dowodem na to stają się późniejsze rzymskie studia o. Kolbego, na które kierują go jego przełożeni. Właściwie na żadnym etapie edukacji nie ma mowy o kłopotach z nauką, więc z całą pewnością nie one stają się przyczyną wątpliwości dotyczących powołania tego młodzieńca. Autorzy mówią, że wpływ na to ma raczej narastająca atmosfera patriotyczna we Lwowie, co owocuje wznieceniem marzeń, zwłaszcza wśród młodzieży, o dokonywaniu bohaterskich czynów dla wyzwolenia Ojczyzny. I to właśnie kariera wojskowa staje się alternatywą dla życia zakonnego w rozeznawaniu Rajmunda. Przed porzuceniem zakonu chroni go jedno spotkanie z matką. Kiedy już zmierzał do przełożonych, aby podziękować za dotychczasową naukę, po drodze zostaje wezwany do rozmównicy, gdzie czeka na niego matka z informacją, że oboje z ojcem decydują się na dozgonną wstrzemięźliwość i podejmują „życie zakonne” (oczywiście nie oznacza to, że wstępują do jakiegoś zakonu, ale wiodą zbliżone do zakonnego życie w świecie). To owocuje w Rajmundzie decyzją o pozostaniu w klasztorze, jak sam o tym napisze do swej matki po latach.

Oczywistym jest, że współczesny kapłan musi być człowiekiem gruntownie wykształconym, co wcale nie znaczy, że musi znać się na wszystkim. Z całą pewnością podstawową jego wiedzą ma być ta, którą będzie służył ludziom której ludzie od niego oczekują, a zatem wiedza teologiczna. Do kapłanów nie przychodzi się po to, aby nauczyć się obsługi komputera, czy wózka widłowego, ale po to, by zbliżyć się do Boga, bo Go lepiej poznać, by wejść w głębszą relację z Nim. Z całą pewnością więc nauki teologiczne, czy dziedzina życia duchowego jest tym, co duchowny winien „mieć w małym paluszku”. Oczywiście studia w seminarium to również dwuletnie zgłębianie dziedzin związanych z filozofią, które mają nauczyć przyszłego księdza sztuki myślenia i właściwego używania swojego rozumu. Wszystko to nie przeszkadza oczywiście w zgłębianiu swoich własnych zainteresowań, które stają się niepowtarzalnym „wkładem własnym”, który kleryk, a potem ksiądz wnosi do wspólnoty Kościoła. Z całą pewnością jednak potrzeba właściwej hierarchii wartości i moje własne zainteresowania nie mogą stać wyżej, niż wiedza, która jest niezbędna do pełnienia funkcji duszpasterskich.

Powiedzmy sobie szczerze, że świat dziś potrzebuje księży świętych i mądrych (nie wiem czy kiedykolwiek było inaczej). Mądrość nie zawsze jest równoznaczna z wykształceniem, choć tego drugiego nie sposób przecenić. Coraz bardziej wyedukowane społeczeństwo stawia coraz trudniejsze pytania, co jest wyzwaniem również dla nas, jako duszpasterzy. I choć trudności w nauce, gdyby je traktować jako niepokonalną przeszkodę do przyjęcia święceń, wyeliminowałyby nam z pewnością kilku wielkich i świętych kapłanów, jak choćby św. Jana Vianney’a, czy naszego współbrata św. Józefa z Kupertynu, to stanowią one zawsze jakiś sygnał do przyjrzenia się danemu alumnowi i otoczenia go być może nieco większą troską. W dobie tak małej liczby odpowiadających na powołanie, trudności w nauce z pewnością nie stają się przyczynkiem do natychmiastowego eliminowania kandydata do święceń. Nie zmienia to jednak faktu, że pewien zakres wiedzy będzie mu potrzebny i musi go opanować.

Pytanie o dziedziny wiedzy i proporcje „bezpieczne” dla stanu kapłańskiego jest trudne, bo chyba takich granic nie da się wytyczyć. Oczywistym jest kryterium godziwości, a zatem mogę pogłębiać wiedzę dla godziwych celów i w dziedzinie, która przynajmniej nie jest sprzeczna z moim powołaniem do kapłaństwa. Zawsze również w grę wchodzi kryterium potrzebności – na ile to jest przydatne dla mnie samego i dla Kościoła, któremu służę. Ponadto wracam do hierarchii ważności. Cóż nam po księdzu, który będzie znakomicie obsługiwał komputer, ale od 20 lat nie przeczytał żadnej książki teologicznej? W dziedzinie teologicznej także istnieje potrzeba nieustannego dokształcania się.

Maria: W czasie, w którym żył św. Maksymilian, wiele nowinek technicznych zmieniało oblicze świata. On jednak się tego nie bał. Czy ważna jest posługa kapłana w massmediach? Czy praca w massmediach i praca duszpasterska to naprawdę dwie różne sprawy?

o. Michał M. Nowak OFM Conv: Rzeczywiście o. Maksymilian lubił nowinki techniczne i uważał, że należy je „chrzcić”. Kiedy na przykład pojawia się kino, wielu braci uważa, że to wymysł szatana, ale nie o. Maksymilian. Jego zdaniem żaden wynalazek nie jest zły sam w sobie. Wszystko zależy od tego, do jakich celów ma być użyty. Sam o. Kolbe obmyśla różnorakie „wynalazki”, które dziś, z perspektywy czasu już nie śmieszą, tak jak śmieszyły niektórych za jego czasów. Mowa choćby o etereoplanie, który miał służyć do podróży w kosmos. Dziś już wiemy, że możliwe jest konstruowanie takich pojazdów.

Co do mediów. Niewątpliwie o. Kolbego można nazwać „apostołem mediów”, wszak Niepokalanów powstał właśnie w tym celu, jako miejsce szerzenia kultu Niepokalanej przez pracę wydawniczą. Kiedy klasztory w Krakowie i Grodnie stawały się za małe dla wciąż rozwijającego się wydawnictwa, pojawia się książę Drucki-Lubecki, który ofiarowuje ziemie pod Niepokalanów. Tam o. Maksymilian wraz z pierwszymi braćmi, absolutnie od podstaw, budują klasztor wydawnictwo.

Kiedy z czasem o. Kolbe pragnie ewangelizować również przez radio, a w Polskim Radiu odmówiono mu czasu antenowego, postanawia założyć w 1938 roku SP 3 – RN (Stacja Polska 3 – Radio Niepokalanów), które 18 lat temu wznowiło swoją działalność i działa do dziś obejmując swoim zasięgiem Łódź i Warszawę.

„Rycerz Niepokalanej”, książki, broszury, kalendarze do dziś są drukowane w wielkim nakładzie w niepokalanowskim wydawnictwie. Podejrzewam więc, że nikt z nas, franciszkanów, nie widzi sprzeczności pomiędzy działalnością medialną, a duszpasterską. Z całą pewnością ja takiej sprzeczności nie widzę. Uważam, że one się wzajemnie mogą dopełniać, a media mogą się stać znakomitą przestrzenią dla formacji chrześcijańskiego życia. Cały problem nie w mediach, tylko, jak mawiał o. Maksymilian, w tym, jak się z nich korzysta.

Z cała pewnością jednak mediami nie da się zastąpić duszpasterstwa polegającego na kontakcie bezpośrednim. I pomijam tu już sprawowanie sakramentów, bo tu rzecz wydaje się oczywista, ale chodzi mi o kontakt, spojrzenie w oczy, uścisk ręki. Tych elementów media nam nie mogą zaproponować i dlatego ich rola w duszpasterstwie jest znacząca, ale raczej pomocnicza. Dlatego kapłani w mediach jak najbardziej powinni być obecni z tą myślą, że również w ten sposób mogą prowadzić ludzi do Boga.

Maria: Po święceniach kapłańskich św. Maksymilian napisał do współbrata: „Najbardziej śmiercionośną trucizną naszych czasów jest obojętność. Jej ofiary znaleźć możemy, nie tylko pośród ludzi żyjących życiem doczesnym, ale i w naszych szeregach”. Jak ustrzec się przed obojętnością na natchnienie łaski Bożej, i zaniechaniem pracy duchowej na rzecz konsumpcji dóbr tego świata? Co nam radzi św. Maksymilian?

o. Michał M. Nowak OFM Conv: Spośród wielu rad, które moglibyśmy zaczerpnąć z Pism o. Maksymiliana, postanowiłem wybrać jedną, która jest dziś szalenie niemodna i zniknęła niestety również z podręczników życia duchowego. Otóż mowa o tym, aby „wszystko oceniać w świetle gromnicy”. Czyli przeżywać swoje życie w kontekście rzeczy ostatecznych.

Maksymilian traktuje śmierć po franciszkańsku, jako siostrę naszą, która jest bramą do nieba. Obcowanie ze śmiercią w Niepokalanowie było czymś bardzo naturalnym. Pamiętajmy, że wówczas zapalenie płuc, czy gruźlica zbierały wielkie żniwo. Bracia umierali bardzo młodo. Widać to na cmentarzu klasztornym, który bardzo lubię odwiedzać, a szczególnie upodobałem sobie brata Pachomiusza, który w zakonie przeżył zaledwie 18 miesięcy, a odszedł do Pana mając zaledwie 20 lat. Często się nad jego grobem modlę. Śmierć więc była znanym gościem w klasztorze i podchodzono do niej z dużo większym spokojem, niż dziś, bez nadmiernego lęku.

O. Kolbe zauważa, że nawet zakonnicy niechętnie jednak o niej myślą, a szkoda, bo wówczas lepiej mogliby wykorzystać czas dany im tu na ziemi. Na nic się zda „postawa strusia” i chowanie głowy w piasek, bo od świadomości przemijania nie ma ucieczki, a nikt z nas nie wie, ile czasu ma do dyspozycji na ziemi.

Kiedy czytamy pisma o. Kolbego, często, wśród wielu myśli pojawiają się żarliwe stwierdzenia typu:

– wieczność, wieczność, wieczność – uczy rozumu

– życie krótkie, cierpienie krótkie, a potem niebo, niebo, niebo.

– umrzesz, może dziś jeszcze

Tym, którzy nie mieli czasu zastanawiać się na śmiercią o. Maksymilian odpowiadał, jak pewnemu Żydowi podczas rozmowy w pociągu – czy to roztropne? – gdyby kogoś zapytać, gdzie jedzie tym pociągiem, a on by odpowiedział, że nie ma czasu się zastanowić?

Gdy w czasie okupacji pisze do urzędu w Sochaczewie prosząc o możliwość wydawania Rycerza, motywuje.

Za 100, czy 200 lat pani i mnie już tu nie będzie, ważne jest jednak gdzie będziemy i czy będziemy szczęśliwi – co godzinę jesteśmy o godzinę bliżej tego miejsca.

Dlatego o. Kolbe zachęca swoich braci do częstego myślenia o śmierci. Służyły temu zwłaszcza comiesięczne dni skupienia połączone z zapomnianym dziś już trochę ćwiczeniem dobrej śmierci. Polegało ono na takim przeżyciu całego dnia, żeby wieczorem móc położyć się ze świadomością, że jutro się już nie obudzę. To oczywiście było zachętą do wyprostowania jakichś zaległych spraw, do pojednania z wrogami etc. A zatem było elementem bardzo realnej, a nie tylko deklaratywnej pracy nad sobą. Do tego dochodziło rozważanie Drogi Krzyżowej. Maksymilian twierdził, że częste odprawianie tego nabożeństwa pozwala spokojnie myśleć o swojej śmierci. Takie ćwiczenia pozwalało z nowym zapałem podchodzić do swoich obowiązków, nie lekceważyć nawet najdrobniejszych prac, a nade wszystko coraz bardziej zbliżać się do Boga dawcy życia, wobec którego wszyscy winniśmy czuć się bezpiecznie.

Śmiem twierdzić, że powrót do częstszego myślenia o rzeczach ostatecznych, które nie ma za zadanie wtrącać człowieka w przygnębienie, ale zdecydowanie urealniać nasze ziemskie życie, mógłby niejednemu z nas pomóc w codziennym wyrywaniu się z oziębłości i wprowadzić na nowe duchowe tory, które korzystnie wpłynęłyby również na środowiska, w których żyjemy.

Maria: Łatwo ulec iluzji. Kapłan może poczuć się supergwiazdą, zapominając że działa z łaski Bożej. Św. Maksymilian mógł ulec takiej iluzji, a jednak nie łudził się pokusą stanięcia na piedestale Boga. Jak ustrzec przed takimi pokusami dzisiejszych kapłanów?

o. Michał M. Nowak OFM Conv: Być może Maksymilian z taką pokusą w swoim życiu również się spotykał. Z pewnością jej jednak nie ulegał. Dbali o to jego współbracia, dla których wiele jego pomysłów było czystym szaleństwem. Nasi najstarsi ojcowie, którzy jeszcze pamiętają o. Maksymiliana, twierdzą, że dziś nazywa się go pięknie „szaleńcem Niepokalanej”, ale kiedy żył, bywali tacy, którzy określali go mianem (i tu proszę wybaczyć cytat) „głupi Maksiu”, a jego plany nazywali „porywaniem się z motyką na słońce”. To dość częste zjawisko i wielu świętych doświadczyło podobnego niezrozumienia.Maksymilian tymczasem miał wielkie poczucie swojej własnej słabości. Przypomnijmy, że był człowiekiem o tylko jednym, prawidłowo funkcjonującym płucu, który głęboko wierzył, że wszystko, co udaje mu się zdziałać, zawdzięcza Niepokalanej. Każde przedsięwzięcie, które podejmował gorliwie omadlał i wiele z nich rodziło się w ogromnych bólach. W każdym jednak doświadczał niezwykłego błogosławieństwa, czasem wręcz cudownego. Tak było choćby wówczas, kiedy potrzebne były pieniądze na wydanie jednego z pierwszych numerów „Rycerza Niepokalanej”. Kiedy Maksymilian nie bardzo wiedział w jaki sposób je zdobyć, na jednym z ołtarzy w kościele odnajduje kopertę z napisem – „dla Ciebie Niepokalana”, w której jest dokładnie taka kwota, której brakowało do sfinalizowania druku. Takich cudowności znalazłoby się z pewnością więcej.

Dlaczego więc o. Kolbe ustrzegł się pychy i postawy „gwiazdorowania”? Z pewnością również dlatego że wszystko, co czynił, czynił w duchu ofiary. Nic dla siebie, wszystko dla Boga przez Niepokalaną. Jego życie miało wartość w jego oczach tylko o tyle, o ile było służbą dla sprawy Niepokalanej. Mawiał – choćby w połatanym habicie, ale na pokładzie najnowszego samolotu, dla Niepokalanej… Gotów był wykorzystać wszystkie godziwe środki dla szerzenia chwały Bożej, a o sobie zdawał się nie pamiętać…

Nie ulegał iluzjom, nie wierzył w ludzkie pochwały, a takich mu z pewnością nie brakowało, może zwłaszcza od tych, którym ochoczym sercem pomagał. Podczas okupacji w niepokalanowskim klasztorze ukrywało się do trzech tysięcy osób, których nikt nie pytał o wyznanie, czy gorliwość w pobożności, o czym dziś niewielu chce pamiętać i wspominać. Ci ludzie musieli być wdzięczni gwardianowi, czyli przełożonemu wspólnoty klasztornej, którym wówczas był o. Maksymilian.

O. Kolbe zdaje się przyswoił lekcję, której udzielał swoim braciom św. Franciszek wiele wieków wcześniej, wołając na modlitwie – kim jesteś Ty, a kim jestem ja? Zrozumienie i zaakceptowanie „roli stworzenia” sprawia, że nawet do głowy człowiekowi nie przychodzi stawanie na „piedestale Boga” jak to zostało określone w pytaniu.

Jak pomóc w tej sprawie współczesnym księżom? Z pewnością oni sami powinni być zainteresowani, żeby sobie w tej dziedzinie pomagać. Sobie samemu, ale i sobie nawzajem. Naszych braci świeckich zachęcałbym do wytężonej modlitwy za kapłanów, zwłaszcza za tych, którzy zdają się tracić kontakt z rzeczywistością, i którym się wydaje, że są kimś więcej, niż są w rzeczywistości. Tu potrzeba wiele życzliwości miłości. Zawsze też wskazana jest jakaś uwaga, oczywiście podyktowana troską o większe duchowe dobro i miłością. To opcja dla tych odważniejszych, wszak księża to nie przysłowiowe „święte krowy”, których nie można upomnieć. No i jeszcze pochwały… One mają to do siebie, że usypiają sumienie. Trzeba więc je dawkować z rozwagą… Także wobec nas księży.

Maria: „Św. Maksymilian wychował, szczególnie młodych kandydatów do zakonu franciszkańskiego – do szeroko pojętej służby przez osobisty przykład, pracę i zdrową doktrynę. Jak wygląda „werbowanie” nowych kandydatów i ich formacja?

o. Michał M. Nowak OFM Conv: Tak się składa, że właśnie tym „werbowaniem” ja się zajmuję. Ale nie podoba mi się to słowo, nawet w cudzysłowie, więc już u początku z niego rezygnuję. Duszpasterstwo Powołań, za które odpowiadam w naszej prowincji zakonnej nie jest żadnym działem kadr, nie jest odpowiedzialne za rekrutację, ani nie zajmuje się werbunkiem. Moje zadanie to pomagać młodemu człowiekowi odkrywać to, co jest, poetyckim językiem mówiąc, „marzeniem Boga” o jego życiu. Wierzę głęboko, że odkrycie swojego powołania, swojego miejsca na ziemi, zadań, które Pan Bóg mi zleca, jest gwarantem szczęśliwego przeżywania swojej ziemskiej egzystencji. Służyć pomocą w tym odkrywaniu – to moje zadanie.

Bardzo często mówię, że moja rola, zwłaszcza wobec powołanych do życia zakonnego, czy kapłaństwa, przypomina nieco „dokręcanie żarówki „. Cała „instalacja” w człowieku jest już przygotowana przez Boga, ale jeszcze nie świeci. Ja mam tylko dokręcić żarówkę i nagle robi się jasno. Ja nie rozdaję powołań i dzięki Bogu. Bo gdybym ja to robił, to być może klasztory byłyby pełne, ale z pewnością nie umiałbym być tak delikatny wobec ludzkiej wolności, jak delikatny jest Bóg. Stąd podkreślam, moja rola, to tylko służyć pomocą.

Odpowiadam zatem za tak zwaną preformację w zakonie. Czyli dbam o duchowy rozwój osób rozeznających swoje powołanie, a wśród nich także o tych, którzy skłaniają się ku życiu zakonnemu w zakonie franciszkańskim. Myliłby się jednak ktoś, kto sądziłby, że takich osób jest bardzo dużo. Otóż nie. Jest ich bardzo niewiele i w naszych rekolekcjach zwykle udział bierze do 10 chłopaków, co nazwać można dość kameralną grupą. Chciałbym być dobrze zrozumianym. Świadomie nazywam organizowane przeze mnie rekolekcje „powołaniowymi”, bo są one adresowane do ludzi, którzy myślą o swojej przyszłości w kontekście rozeznania planu Bożego. Nikogo przy drzwiach nie pytam – czy aby na pewno chcesz zostać zakonnikiem?, bo nie rekrutacja zakonników jest moim głównym celem. Ale każdego spytam – czy temat twojej przyszłości leży ci na sercu, czy chcesz ją przeżyć zgodnie z Bożym planem? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, to oczywiście nasze drzwi otwieramy jak najszerzej.

Kiedy ktoś rozeznaje, że Pan Bóg zaprasza go do naszej wspólnoty i zostanie przyjęty przez jej przełożonego, czyli ojca prowincjała, udaje się na roczny postulat. Jest to okres przyglądania się zakonowi od wewnątrz, czas, w którym nadal trwa rozeznawanie. W ciągu tego roku nie nosi się jeszcze habitu, w duchu modlitwy i pracy poznaje się swoją zdolność do życia wspólnego, wchodzi się głębiej w duchowość franciszkańską… Jest to również czas wyrównywania różnic w edukacji, ale także na przykład w znajomości zasad dobrego wychowania.

Po rocznym postulacie następuje nowicjat, który trwa również rok. Nowicjusz otrzymuje habit i przygotowuje się do złożenia ślubów czystości, ubóstwa i posłuszeństwa na okres jednego roku. Tą wspaniałą uroczystością kończy się okres nowicjatu, który również jest przeznaczony na pogłębienie znajomości naszej ośmiowiekowej przecież historii, na pogłębienie ducha modlitwy i na jeszcze bardziej zażyłe wejście we wspólnotę, bo ona jest rysem charakterystycznym naszego zakonu.

Po nowicjacie drogi kandydatów się rozchodzą. Jedni idą na tzw. juniorat i przygotowują się do posługi brata zakonnego, czyli zakonnika bez święceń kapłańskich. Wiąże się to czasem z podjęciem jakichś studiów specjalistycznych związanych z potrzebami naszego zakonu – np. bibliotekarz, czy organista. Drugą ścieżką jest sześcioletnie seminarium, które jak w przypadku każdego księdza, ma przygotować do przyjęcia święceń kapłańskich i podjęcia posługi w jednym z 14 klasztorów naszej prowincji zakonnej, lub też pracy na misjach.

Maria: Czy ze względu na Rok Kolbiński, bliżej przedstawia ojciec na rekolekcjach postać świętego? Czy św. Maksymiliana można uznać za wzór kapłana? Czy jest on dla Ojca bliską osobą? Czy uważa Ojciec, że wybranie tego roku na Rok Kolbiński przyczyni się do lepszego poznania i zrozumienia postaci świętego?

o. Michał M. Nowak OFM Conv: Powiem szczerze, że postać o. Maksymiliana towarzyszy mi od początku mojego życia zakonnego, a w przepowiadaniu od pierwszych chwil mojego kapłaństwa. Jest to zupełnie niezależne od Roku Kolbiańskiego. Często cytuję naszego Świętego Współbrata, a zdarzało mi się już głosić rekolekcje tylko jego postaci poświęcone. Oczywiście wciąż sobie obiecuję, że zacznę zgłębiać jego pisma, które są dość obszerne, ale ich przeczytanie jest konieczne dla zaznajomienia się choć w najogólniejszy sposób z jego myślą.

Mogę z pewnością powiedzieć, że o. Kolbe jest mi bliski i często wzywam jego pomocy. Ma swoje miejsce w mojej prywatnej Litanii do świętych, którą się posługuję. Często wymieniam go również podczas mszy świętej. Jestem bardzo dumny z tego, że należę do tego samego zakonu, co on. Chciałbym jednak uniknąć sytuacji, którą przewidział już święty nasz Ojciec Franciszek, mówiąc – bracia, wielcy święci osiągnęli chwałę pracując i cierpiąc, a my chcemy osiągnąć to samo opowiadając o nich… Wierzę głęboko, że dopiero naśladowanie o. Maksymiliana, zwłaszcza w jego heroicznej miłości do Boga i drugiego człowieka będzie najlepszą formą uczczenia tego „wzoru kapłana”, tak, bo z pewnością za wzór można go uznawać.

Bardzo chciałbym, aby Rok Kolbiański przyczynił się do bliższego poznania tego świętego przez liczne grono naszych rodaków. Za osobistą łaskę poczytuję sobie, że w tym roku właśnie, głoszę rekolekcje wielkopostne w jednej z parafii w Zduńskiej Woli, czyli w mieście narodzin o. Maksymiliana, co z pewnością dla mnie samego będzie okazją do swoistych :rekolekcji z Maksymilianem”.

Maria: Bóg zapłać za rozmowę.

za: e-sancti.net

Strona powołaniowa


Najczęściej czytane:

Podobne artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*