Rola rodziców w odkrywaniu powołania

10 marca 2011 | autor: o. Admin

Zachęcamy do zapoznania się z rozważaniem o. Michała Nowaka, Prowincjalnego Asystenta do spraw Powołań, na temat roli, jaką pełnią rodzice w odczytywaniu swego powołania przez dziecko. Tekst zaczerpnięty został ze strony franciszkańska3.

… może się czasem okazać, że walczycie z Bogiem. (Dz 5,39)

U samego początku tych kilku refleksji muszę poczynić pewne założenia, bo bez nich zabrakłoby nam „zawiasu”, na którym mogłyby się oprzeć dalsze wywody. Pierwsze z nich to założenie, że jako ludzie wierzący uznajemy istnienie czegoś takiego, jak powołanie (nie ograniczając go li tylko do życia kapłańskiego, czy konsekrowanego). Czy nazwiemy je językiem poetyckim mówiąc o „marzeniu Boga o naszym życiu”, czy bardziej prozaicznie, powiemy o zestawie pewnych wewnętrznych natchnień, na których opieramy nasze życiowe wybory, czy jeszcze inaczej zechcemy je zdefiniować, mam nadzieję, że zgadzamy się co do tego, że ono istnieje dla każdego z nas, jego źródłem jest Bóg, a celem nasze szczęście. Po wtóre, zakładam, że zgadzamy się co do tego, że nasze powołanie, jakimkolwiek by nie było, jest możliwe do rozpoznania na drodze chrześcijańskiego rozeznawania, która nie domaga się nadprzyrodzonych interwencji, chyba że Dawca Powołania zadecyduje inaczej. Po trzecie wreszcie zakładam, że zgadzamy się co do tego, że dzieci nie są „własnością” rodziców, ale raczej rodzice współuczestniczą w Bożej odpowiedzialności za losy dziecka, a potem młodego człowieka. Co za tym idzie, wierzę, że jesteśmy w stanie zgodzić się również z tym, że nadchodzi moment, kiedy dziecko samo musi przejąć tę odpowiedzialność za siebie i swoje dalsze losy. Czynię te założenia na początku, ponieważ dowodzenie ich prawdziwości znacznie wykracza poza cele, które sobie stawiam w tym krótkim bądź co bądź tekście. U początku muszę nadmienić również, że nie występuję tu jako obrońca biednej, zdominowanej przez swoich rodziców młodzieży, choć to, o czym chcę pisać z pewnością może wzbudzić kontrowersję raczej w gronie rodziców, niż młodzieży…

A zatem do dzieła. Nazywam się Michał Nowak, jestem franciszkaninem, pełnię funkcję Prowincjalnego Asystenta do spraw Powołań i chcę dziś napisać o roli rodziców w odkrywaniu i realizacji powołania przez ich dziecko… W imię Boże!

Chrześcijańskie rozeznawanie przedstawione w sposób najbardziej schematyczny musi zakładać przynajmniej trzy etapy – przygotowanie do decyzji, podjęcie tejże i realizacja, czyli inaczej mówiąc weryfikacja prawdziwości rozeznawania. Każdy z tych etapów ma swoją dynamikę i żadnego z nich nie da się ominąć. Każdy z nich powinien być rzecz jasna potraktowany poważnie.

Najwcześniej rozpoczyna się etap przygotowania do podjęcia decyzji, który inaczej można nazwać zbieraniem informacji. Trudno często uchwycić moment jego rozpoczęcia, choć jeśli chodzi o powołanie kapłańskie czy zakonne, eksperci dowodzą, że rodzi się ono najczęściej między 10, a 14 rokiem życia. Per analogiam można więc pewnie mówić o innych powołaniach. Jest to czas szybkiego dorastania, pierwszej zmiany szkoły, a co za tym idzie, często również środowiska znajomych i przyjaciół. Samo w sobie powoduje to liczne napięcia w młodym człowieku. Różnorakie doświadczenia, spotkania z ciekawymi ludźmi, szukanie autorytetów (często jeszcze po omacku i nie do końca świadomie) owocuje wykrystalizowanie pewnych zainteresowań, które z pewnością należy brać pod uwagę przy rozeznawaniu. Wrodzone talenty i pewne nabyte zdolności (jak choćby tzw. „umysł ścisły”, czy talenty artystyczne) też stanowią jakąś wskazówkę. Bogactwo bodźców i możliwości może jednak zaowocować niemałym zagubieniem i odkładaniem myślenia na temat przyszłości na jakiś jej odległy i nieokreślony punkt, co często jest później postrzegane przez samych zainteresowanych jako swoista „strata tego czasu”.

Wydaje się, że pierwszym zadaniem rodziców jest wprowadzenie w postrzeganie swojego dziecka kategorii powołania, które oczywiście samo w sobie jest czymś więcej, niż tylko pytaniem – co ty drogi synku, czy droga córeczko chciałbyś w życiu robić? Ale takie pytanie stanowi dobry punkt wyjścia dla skierowania rozmowy na pytanie – a czy zastanawiałeś się już, co dla ciebie zaplanował Pan Bóg? Sprowokowanie do rozmowy o przyszłości i wprowadzenie do niej Pana Boga może ukazać rangę i wartość tego typu przemyśleń na tu i teraz, a nie na kiedyś i potem…

Warto do tematu wracać i prowokować do wypowiadania głośno pewnych planów i wizji, jednocześnie próbując podsumowywać je wraz z dzieckiem, bo w tym wieku trudno jeszcze o myślenie syntetyczne i co za tym idzie o ogarnięcie myślą większej całości.

Jest tu z pewnością miejsce na dialog i delikatną korektę „słabych punktów”. Świadomie piszę „delikatną”, bo wrażliwość młodzieży w tej dziedzinie jest wielka, a każda krytyka jest traktowana jako zamach na wolność, której w okresie młodości tak chętnie się przecież wszyscy uczymy.

Tym bardziej warto zadbać o pewną intymność tego typu rozmów i nie czynić z nich „rodzinnej debaty”, bo może to zaowocować zamknięciem na dalsze rozeznawanie i utratą wszelkiego udziału w dalszym decydowaniu dziecka.

Co więcej, wystrzegać się należy wszelkiej jawnej i stanowczej krytyki nawet najbardziej niedorzecznych, naszym zdaniem, pomysłów. Delikatność i cierpliwa argumentacja są tu z pewnością sprzymierzeńcami rodziców.

Jest to chyba szczególnie ważne w sytuacji, gdy mówimy o rodzącym się ewentualnym powołaniu do kapłaństwa, czy życia zakonnego. Nie tak dawno rozmawiałem z młodym chłopakiem, którego matka na wieść, że myśli on o życiu zakonnym odpowiedziała natychmiast – do żadnego zakonu nie pójdziesz, bo ja nie po to cię rodziłam, żebyś sobie życie w zakonie marnował. Chłopak był bardzo rozżalony i prosił o radę. Pomijając to, co mu doradziłem, wykorzystałem ten przykład na jednym z kazań i dość krytycznie odniosłem się do postawy matki, która, dodajmy, jest praktykującą katoliczką. Po mszy podszedł do mnie pewien mężczyzna i oburzony powiedział, że nie mam prawa tego oceniać, bo nigdy nie będę rodzicem. Odpowiedziałem, że owszem, rodzicem nie będę, ale jestem dzieckiem i potrafię sobie wyobrazić co we mnie wywołałaby taka postawa mojego rodzica. Na co pan ów w nieco innym już tonie stwierdził, że przecież każdy rodzić chce dla swojego dziecka jak najlepiej… Odpowiedziałem, że owszem, co do tego nie ma żadnych wątpliwości – każdy rodzic CHCE dla swojego dziecka jak najlepiej, ale skąd przekonanie, że rodzic WIE co dla dziecka jest najlepsze?

I choć, jak powiadam, z cała życzliwością podchodzę do troskliwości rodziców o przyszłość ich dzieci, to jednocześnie z wielkim smutkiem notuję wszelkie próby naciskania na dziecko w tym etapie celem wymuszenia na nim rezygnacji z poszukiwań w tych dziedzinach, które dla rodzica wydają się być nie do przyjęcia. Zwłaszcza jeśli są to próby podyktowane „dorosłą” wrażliwością, „doświadczeniem” i „lepszą znajomością życia”. Trudno dziwić się młodym, że za taką pomocą nie tęsknią. Mądre doradztwo. Tak podsumowałbym rolę rodziców w tym pierwszym etapie, który winien być zwieńczony podjęciem konkretnej decyzji.

Decyzja jest jakimś zwornikiem dwóch pozostałych etapów. Punktem dojścia, ale i punktem wyjścia. Punktem, w którym z pewnością wsparcie rodziców jest czymś szalenie potrzebnym. Podjęcie decyzji wiąże się z przyjęciem odpowiedzialności za jej konsekwencje i to warto młodzieży uświadamiać. Władza rodziców jest tu ograniczona – wracam do jednego z założeń przyjętych na początku. Dzieci nie są własnością rodziców. Dodajmy, że etap, o którym mowa następuje nie wcześniej zwykle, niż w wieku 18, czy 19 lat, a współcześnie nawet później. Wolna i suwerenna – tylko taka decyzja ma szansę nauczyć młodego człowieka odpowiedzialnego podejścia do życia i jego spraw. Czasem, powiedzmy to wprost, decyzja podjęta przez dziecko nie jest łatwa do zaakceptowania przez rodziców. Ale błądzenie jest wpisane w naszą ludzką kondycję i nie sposób go uniknąć. Jest ono naturalnym etapem naszego dojrzewania. Warto jednak, powtórzmy, przewidywać konsekwencje podejmowanej decyzji razem z dzieckiem i w atmosferze spokoju ważyć ich ciężar, jednocześnie badając w szczerości serca źródła oporu i nieakceptacji, jeśli takie uczucia rodzą się wobec przewidywanego postępowania dziecka. Na tym etapie trudno z całą pewnością przewidzieć, czy decyzja jest słuszna czy błędna, więc kategoryczne twierdzenia są raczej nieuzasadnione. Wszelkie zdecydowane próby wpływania na zmianę decyzji młodego człowieka zwykle odnoszą dokładnie przeciwny od zamierzonego skutek, eskalując konflikty i wprowadzać niepotrzebną nerwowość. Jeśli na drodze spokojnej rozmowy nie sposób dojść do porozumienia, z całą pewnością nie uda się to również na „wojennej ścieżce”. Na tym etapie pozycja rodziców wydaje się jednak dość słaba, bo, jak pokazuje doświadczenie, podejmowanie decyzji związanych z przyszłością mieści się w zakresie budowania swojej niezależności przez młodego człowieka, a ten proces trudno zatrzymać. Byłoby to zresztą niesłuszne. Nie znaczy to jednak, że rola rodziców jest nie znacząca. Bynajmniej. Ich wsparcie na tym etapie jest nie do przecenienia i szczerze podziwiam tych rodziców, którzy mimo niezgody wewnętrznej na decyzję dziecka, stoją za nim murem, wierząc, że czas pokaże, czyje przewidywania okazały się prawdziwe. Nie o rację zresztą tu chodzi, ale o szczęśliwe życie, a decyzje, o których mowa, zwykle nie są definitywne już w momencie ich podejmowania i zawsze można zawrócić.

Tu pozwolę sobie na małą dygresję dotyczącą podejmowania decyzji w ogólności. Okazuje się to dziś coraz trudniejsze dla znacznego grona młodych ludzi. Nie mówię już o wyborze stanu zakonnego, czy kapłańskiego. Często wybór studiów jawi się już jako niemal niepokonalna trudność. Wynika to czasem ze wspominanego przeze mnie odkładania na bliżej nieokreślone „później” wszelkiego planowania i rozeznawania. Kiedy nadchodzi moment decyzji, nie ma właściwie żadnych danych, żadnych przemyśleń, ani planów, co rodzi niemal paniczny lęk przed odpowiedzialnością. Podobny lęk, choć płynący z innego źródła dotyka „Piotrusiów Panów”. Tę życiową postawę opisuje o. Anselm Grun w swoje książce pod tytułem „Walczyć i kochać. Mężczyźni w poszukiwaniu własnej tożsamości”. Do tej lektury zatem zainteresowanych odsyłam. Sam natomiast chcę wspomnieć jeszcze o czymś, co nazywam „duchowością ronda”. Młody człowiek wobec nadmiaru propozycji i nieumiejętności podjęcia żadnej decyzji wchodzi niejako na „życiowe rondo”, tłumacząc, że jeszcze ma czas, w czym niestety czasem gorliwie sekundują mu jego rodzice. Wobec tego miewamy czasem trzydziestolatków, którzy wciąż mieszkając z własnymi rodzicami powtarzają jak mantrę, że jeszcze mają czas… I to jest problem, z którym w duszpasterstwie powołań spotykamy się coraz częściej.

Przejdźmy wreszcie do trzeciego etapu, który wieńczy proces rozeznawania, a który również warto przeżyć razem z dzieckiem. Dość szybko po podjęciu decyzji widać, czy można o niej powiedzieć jako o decyzji słusznej. Staje się to widoczne dla samego zainteresowanego, jak również dla postronnych obserwatorów. Człowiek, który wybrał właściwie, rozkwita w swoim powołaniu, ma poczucie „bycia na swoim miejscu”, mimo obiektywnych czasem trudności. Potrafi swoim entuzjazmem zarażać innych, także swoich, być może sceptycznych rodziców. Jeśli chodzi o życie zakonne widać to znakomicie w sytuacji, kiedy jedno z rodziców nie akceptuje decyzji swojego dziecka o rozpoczęciu takiego życia, ale po jakimś czasie składa mu wizytę w klasztorze. Szczęście malujące się na twarzy dziecka, radosne opowieści o zakonnej codzienności skruszyły już niejedno serce tatusia, czy mamusi, którzy przekonali się na własne oczy, że żadna krzywda się ich dziecku nie dzieje. Tu łatwo przewidzieć rolę rodziców i nazwać ją towarzysząco-wspierającą.

Gorzej, jeśli rozeznanie okazało się niewłaściwe. Wówczas rezygnując ze standardowych i triumfalistycznych „a nie mówiłem”, warto cofnąć się wraz z dzieckiem do punktu wyjścia i podjąć żmudny proces rozeznawania jeszcze raz. Rodzina bogatsza o takie doświadczenie, jeśli z miłością i spokojem powróci do punktu wyjścia, ma duże szanse wyjść z takiego kryzysu umocnioną i silniejszą. Nie należy jednakże zdejmować z młodego człowieka odpowiedzialności za ponoszenie konsekwencji błędnych decyzji. Wspierać, ale nie zastępować. Tylko tak będą oni w stanie pojąć czym jest odpowiedzialność za życie własne, a także za życie tych, których być może kiedyś Pan Bóg im powierzy.

Na koniec jeszcze mała refleksja osobista. Różnych rodziców już spotkałem w ciągu trzech lat mojej posługi na tym stanowisku. Bywali bardzo szczęśliwi z powodu decyzji swoich dzieci, bywali pełni niepokoju o słuszność ich decyzji. Spotykałem nerwusów i szczerze pragnących zrozumieć motywy kierujące ich dzieckiem, stawiających wiele konkretnych i bardzo ważnych pytań. Wszyscy oni musieli zmierzyć się z trudną sytuacją utraty pełnej kontroli nad życiem i decyzjami ich dzieci, zmierzyć się z początkami ich dorosłości. Wobec każdego z nich zachowuję pełen szacunek i jestem przekonany, że bardziej lub mniej umiejętnie starali się wspierać swoich synów, czy córki, choć nie zawsze byli w stanie wszystko zrozumieć i zaakceptować od razu. W duchu szacunku chciałbym zakończyć ten tekst ogromną prośbą do rodziców – SŁUCHAJCIE waszych dzieci. Problem bycia niewysłuchanym w swojej własnej rodzinie sygnalizują oni bowiem najczęściej. I szanujcie Boże tajemnice, które dokonują się w ich sercach… żeby się czasem nie okazało, że walczycie z Bogiem (Dz 5, 39).

o. Michał Nowak OFM Conv.

powolania@franciszkanie.gdansk.pl

GG:8688482

Strona Powołaniowa

za: franciszkańska3.pl


Najczęściej czytane:

Podobne artykuły

One Comment

  1. Ewa says:

    A co zrobić, gdy nie z własnej winy stało się takim Piotrusiem Panem i gdy utraciło się głęboką więź z Bogiem (jeśli jest się dziewczyną)? Jak dorosnąć i pokochać własne życie, jak rozeznać swoje powołanie?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

%d bloggers like this: